Boliwia – zwiedzanie na 4000 m n.p.m

No i oto przeżyliśmy najkoszmarniejsza podróż w naszym życiu. Przekraczanie granicy tajsko-kambodżańskiej okazało się niczym w porównaniu z podróżą z chilijskiej Calamy do boliwijskiego Uyuni i przekroczeniem granicy w Ollague- Abaroa. Zaczęło sieć od dwu dniowego opóźnienia autobusu, który ostatecznie miał wyruszyć we wtorek o 23 a na dworcu pojawił się w środę o 1w nocy. Potem było 3 gościnne czekanie przed granica chilijską która przyczyną nie została wyjaśniona bo kierowca autobusu nie odpowiadał na żadne pytania. Kiedy wreszcie po godzinne stania w kolejce do okienka granicznego przedostalismy się na ziemie niczyja między Chile a Boliwią nie wiedzieliśmy jeszcze, że połowa naszego autobusu ma źle wbite pieczątki w paszportach, gdyż mało rozgarnięty urzędnik zapomniał przestawić datowika. Chilijski autobus wyrzucił nas na pustkowiu między granicami więc kiedy na horyzoncie pojawił się przeraźliwie brudny i śmierdziący boliwijski Frontera bus nie posiadaliśmy się z radości. Nasza radość nieco zmalała na granicy boliwijskiej gdy urzędnik zakwestionował nasze pieczątki i nakazał powrót do Chjile. Protestowaliśmy ostro i gdy ostatecznie uzyskaliśmy pieczątkę wjazdowa do Boliwii odetknelismy z ulgą. Jeszcze tylko 4 godziny po wyboistej drodze która z powodu błota i kałuż zmieniły się w 6 godzin i dotarliśmy do Uyuni. Podsumowanie ogólne:
– 2 dni opóźnienia
– podróż która miała trwać 11 godzin trwała 18
– 400 km
– elegancki autobus okazał się ciasnym rozkletowanym pudełkiem
– droga międzynarodowa okazała się wyboista, trudna do przejechania glinianka
– kiedy wreszcie wylądowaliśmy w Uyuni i kupilismy wycieczkę na Salary zjedliśmy nasz pierwszy od 24 godzin posiłek i smakował on wyśmienicie.

IMG_5671

Krwawe srebro i przeklęta kopalnia
Podczas pobytu w boliwijskim Potosi wybraliśmy się do Cassa Nacional de la Moneta, uznanego przez Lonley Planet za najlepsze muzeum Ameryki Południowej. Przepiękny, kolonialny budynek z oryginalnymi cedrowymi sufitami i podłogami kryje w sobie mroczna historie miasta, które kiedyś było najbogatsze na świecie i kopalni której złoża srebra kosztowały życie 8 milionów ludzi, głównie ludności boliwijskiej ale i niewolników sprowadzanych przez hiszpańskich kolonizatorów z Afryki. Patrząc oryginalne sprzęty służące do wydobycia srebra i wyrobu monet trudno pomieścić w głowie, ze bogactwa naturalne były przyczyna dla której przez ponad 300 lat ludzie i zwierzęta umierali w przerażających warunkach podczas katorżniczej pracy. Kilka tygodni wcześniej widzieliśmy piękne pałace w hiszpańskiej Grenadzie i Sevilli,jednak dopiero teraz uświadomiliśmy sobie ile krwi przelali Hiszpanie w imie budowania własnego imperium. Muzeum robi niesamowite wrażenie. Tony złota i srebra które wypłynęły w hiszpańskich galerach bogaciły kolonizatorów pozostawiając Boliwię w biedzie i wyzysku.
Jeśli będziecie kiedyś wybierać się do Boliwii koniecznie wybierzcie się do Casa Nacional.
Ekstremalna wyprawa wgłąb ziemi
Minęły dwa dni od naszej eskapady do kopalni w Potosi a ból mięśni dalej daje o sobie znać.
Wykupiliśmy wycieczkę do wciąż czynnej kopalni w głębi góry. Na wstępie otrzymaliśmy stroje ochronne, o ile można tak nazwać przeraźliwe brudne bluzy, spodnie i kalosze. Po dowiezieniu pod wejście nikt nas nawet nie sprawdził ani nie policzył a tym bardziej nie kazał podpisać żadnych oświadczeń o tym ze akceptujemy ryzyko. Już podczas zejścia na pierwszy poziom zrozumieliśmy że będzie ciężko. Wchodzenie i schodzenie po drabinie, przeciskanie się w błocie przez wąskie otwory w skałach, wspinanie się i schodzenie w dół po pokrytych śliska, mokrą gliną kamieniach (w tych kaloszach), przechodzenie po mokrej desce nad sporą dziurą- wszystko to w ramach wycieczki ekstremalnej, której organizacja przypominała kompletna wolną amerykankę. Nie dziwi nas już ilość wypadków w kopalni-to wprost nie do uwierzenia, ze w XXI wieku w Potosi pracuje się wciąż tymi samymi metodami co kilkaset lat temu. Większość prac wykonywana jest ręcznie, górnicy wciąż kluja w skałach młotkami i kilofami a jedyne usprawnienie stanowi dynamit kupowany na ulicy i własnoręcznie składany przez górników do postaci ładunków wybuchowych. Położona na wysokości 4300 m.n.p.m podziurawiona jaskiń szwajcarski ser góra bywa śmiertelnie niebezpieczna- osuwające się skały, wydzielające się trujące gazy, wszechobecna na nizszych poziomach woda, brak szalunków i podstawowych zabezpieczeń- coś w co trudno w dzisiejszym świecie uwierzyć. Życie górników w boliwijskim Potosi niewiele różni się od życia sprzed kilkuset lat- niebezpieczna praca za śmieszne pieniądze, brak podstawowej opieki zdrowotnej i perspektyw. Jedynym ratunkiem okazuje się 96% alkohol pity prosto z butelki bez rozcieńczania oraz żuta niemal na okrągło koka, bo na trzeźwo trudno to wszystko znieść… Po dwóch godzinach czołgania się pod ziemią byliśmy śmiertelnie zmęczeni -a co dopiero gdybyśmy mieli tak żyć i pracować…

Submit a comment


*